Piotr KurkaThe Movie

Pierwszym impulsem do pracy nad filmem The Movie stała się fotografia, którą znalazłem w archiwum miasta Butte w Montanie (USA). Przedstawia dwóch operatorów projektora kinowego i pochodzi z lat 30. XX wieku. Tym, co zafascynowało mnie w tym zdjęciu, jest obrót obserwatora o 180 stopni i zwrócenie się z kamerą w stronę źródła światła, które jest podstawowym nośnikiem ruchomych fotografii zwanych filmem.

Cóż może być piękniejszego niż „zwrot w stronę źródła”? Brzmi prawie jak Rilke! Ale w tym „prawie” jest ukryta konstatacja o fundamentalnym znaczeniu, gdyż zwrot ten w dobie dominującego surveillance, nabiera złowrogich znaczeń a wzajemna obserwacja staje się obsesją i przekleństwem dla tych, którzy uchylili rąbka tajemnicy, trzymając w ręku pułapki dla światła.

The Movie to praca o istocie filmu jako medium, o fenomenie wzajemnej obserwacji, o pamięci postrzeganej w formie kinowej projekcji, o olśnieniu i wyświetleniu, o tym, jak silne są wspomnienia naszego dzieciństwa, o powrocie tych wspomnień w najmniej oczekiwanych sytuacjach, o tym, jak różnica i powtórzenie wpływają na zbiorowy mechanizm ofiarniczy, o tym, że cechy kinematograficzne zdarzeń i sytuacji są postrzegane jako rytuał mimetyczny, o tym że postać Innego tworzą prastare mechanizmy obecne w całym spektrum ludzkiej i nie-ludzkiej egzystencji. To film o olśnieniu, prześwietleniu, ślepocie śnieżnej i ekspulsji.

Piotr Kurka
Poznań, 20.02.2020

Projekcja filmu:
http://piotrkurka.com/the-movie/

 

Piotr Kurka
GRANDE FABRIQUE DES CIGARETTES ÉGYPTIENNES

Siedzę na trawniku na Tahrir Square.
Palę papierosa.
Od kilku godzin trzymam na kolanach książkę otwartą na tej samej stronie.
Oskarżony Mersault powiedział: „to się stało od słońca”(1)
Mógłbym, tańcząc w ruinach zburzonego hotelu, powiedzieć to samo.

Commonwealth – ich pełne rasowej dumy i pogardy gesty.
To wielkopańskie rozluźnienie i pozornie swobodne,
ale tak naprawdę wystudiowane pozy nóg w płóciennych sztylpach
gwałcących bezwstydnymi ruchami zużytą skórę klubowych foteli
w hotelu Shepheard,
z ich powodu właśnie, zwanym wcześniej: „Hôtel des Anglais”.

Znałem tam wszystkich maitres d’hotel i odźwiernych.
Często przebiegałem niezauważony, widząc swoje zwielokrotnione odbicia
w witrażowych szybach
lub kryjąc się za ogromnymi granitowymi filarami
naśladującymi te ze staroegipskich świątyń i grobowców pełnych skarbów,
z których większość znajduje się teraz w British Museum.
Perskie dywany i egzotyczne rośliny w ogromnych donicach
chroniły bezszelestne trajektorie mojego biegu.
Nawet tutaj, na otwartych połaciach tarasów czuło się wilgotny i gorący powiew
Nilu przecinającego Kair wzdłuż Corniche Nile Street.
Dobiegałem w końcu do celu, którym była zgarbiona w bezustannym ukłonie
postać mojego dziadka, który w hotelowej liberii kłaniał się Brytyjczykom, Francuzom i Niemcom,
błyskawicznym gestem żylastej ręki chowając napiwki.
Lubiłem ten moment, kiedy dyskretnie wsuwał mi do kieszeni belgijskie pralinki
otrzymane w windzie od żon oficerów i dygnitarzy.

Teraz myślę: dlaczego ten kapiący fałszywymi złoceniami uniform nazwano liberią
i dlaczego w tym słowie ukryła się wolność,
podczas gdy panowie z w mundurach ze śniegu
klepali protekcjonalnie plecy dziadka?

Hotel Shepheard zburzono w 1952 roku.

Kiedy dziadek umarł,
znalazłem w jego małym kuferku wiele pudełek po egipskich papierosach „Dimitrino”,
wśród okruchów tytoniu były pocięte negatywy i krótkie notatki.
Dopiero teraz, po trzydziestu latach od jego śmierci
trzymam w ręku odbitki zrobione z tych klisz.
Wyjmowałem z rumowiska kawałki witraży, patrząc przez nie w słońce,
które na kilku negatywach zamieniło się w czarne plamy
podobne do tych,
które w moich piekących i łzawiących oczach wypełniły krajobraz,
kiedy po raz pierwszy w życiu, w górach Atlas, dziadek pokazał mi śnieg.

Na innym zdjęciu tajemni towarzysze dziadka –
tancerze sufi
siedzieli ze swoimi fajkami, odpoczywając po szaleńczym wirowaniu,
stałem tam kiedyś, urzeczony ich transem i siłą,
nie wiedząc jeszcze nic o bractwie Dżalala ad-Din Rumiego.
Czułem dumę, patrząc na ich twarze wzniesione ku ornamentom sklepienia
w irracjonalnym wysiłku naśladowania galaktyk.
Podobną dumę czułem w opowieściach dziadka o starcu z gór
o nazwisku Hasan ibn Sabah.
Zasypiając, marzyłem o odwiedzinach w twierdzy Alamut
i poznaniu zamaskowanych zabójców z radykalnej sekty Hashisheen.
Teraz czuję (i wiem), że w tych opowieściach kryła się tęsknota za zmianą statusu
i że ta żylasta, brunatna ręka, tak skwapliwie zamykająca w swym wnętrzu napiwki i prezenty,
mogłaby trzymać sztylet
i wypełniać sekretne zlecenia Starca z Alamut.

Ślepłem nie tylko od śniegu.
Kiedyś odwróciłem głowę i spojrzałem prosto w kinowy projektor plujący światłem
podobnym do drgających żółtych plam słońca pomiędzy cieniami palmowych liści.

Znalazłem też kliszę, która zarejestrowała mój straszliwy upadek,
kiedy „dostąpiłem” zaszczytu zaproszenia na dziecięcy balik w angielskiej ambasadzie
i stanąłem do idiotycznego konkursu dmuchania gumowych balonów.
Przegrałem z kretesem z synem angielskiego oficera.
Pocieszał mnie nieszczerze, ubrany w nieskazitelny biały tropik.
To wtedy właśnie, w paroksyzmie złości i upokorzenia patrzyłem w słońce tak długo,
że gdy zacisnąłem wreszcie powieki,
zobaczyłem siebie na czele hordy jeźdźców z Alamut,
zatykającego flagę z wersetem ze świętej księgi na ruinach hotelu Shepheard.

Żałobny orszak, podążający za karawanem z ciałem dziadka, nie był długi.
Szliśmy ulicą Bab Al Wadaa w stronę cmentarza.
Zamykając oczy w oślepiającym południowym słońcu,
myślałem o podobnym blasku, który rażąc oczy Meursault’a
światłem odbitym od klingi noża,
kazał wystrzelić pięć kul w Obcego.
W Araba.

Na wewnętrznej stronie pudełka z papierosami, które wrzuciłem do grobu dziadka,
napisałem słowa Rumiego,
perskiego poety: „Niech twoje życie stanie w ogniu. Szukaj ludzi, którzy będą podsycać twoje płomienie”(2)
Dzisiaj trzymam w ręku jedno z pozostawionych przez dziadka pudełek,
patrzę na nieistotne, puste w znaczenia herby księcia de Prusse
i podobnie jak skazany Meursault:
„otwieram się na czułą obojętność świata”(3) .


 (1) Albert Camus, Obcy, przekład Marek Bieńczyk, [w:] „Literatura na Świecie”, nr 7-8/2018
(2) Dżalal ad-Din Rumi, Anioł upojony. Opowieści mistyczne. Wydawnictwo Dialog, 2009
(3) A. Camus, dz. cyt.